Narodziny, życie i śmierć, oto czego doświadczamy jako ludzie. Wystarczy rozejrzeć się dookoła. Cały świat nieustannie przemija. Rośliny, zwierzęta, grzyby, bakterie, wszystko to ciągle rodzi się, zjada się nawzajem i umiera, dając miejsce nowemu życiu. Wystarczy nawet zerknąć w lustro, na swoją starzejącą się z każdym dniem twarz, aby przekonać się, że śmierć jest zjawiskiem uniwersalnym, koniecznym i pewnym.
Niemniej w naszym społeczeństwie zawsze towarzyszy temu jakiś zgrzyt. Ludzie nie chcą rozmawiać o śmierci. Nie wiedzą również, jak radzić sobie emocjonalnie, gdy ktoś umiera i gdy sami umierają. Temat ten omijany jest przez naukę, która za cel ustanowiła sobie przedłużenie ludzkiego życia za wszelką cenę i odsunięcie śmierci jak najdalej. Zagadnienie to spoczywa właściwie na barkach religii, ale w dzisiejszych czasach jej utarte, stare dogmaty straciły już moc oddziaływania. Kwestię umierania sprowadza się do kurtuazyjnego minimum, tak aby na co dzień nie zajmowała naszej uwagi. Generalnie unika się jej tematu, a sam fakt omija jak najszerszym łukiem.
Aby zrozumieć dlaczego tak jest, należy przyjrzeć się paradygmatowi, na którym bazuje sposób postrzegania i interpretowania rzeczywistości w naszym społeczeństwie. Od kilku stuleci kultura zachodu znajduje się pod wpływem mechanistycznego poglądu na życie i wszechświat w ogóle. Myśl ta stanowiła podwaliny pod dzisiejszą naukę i urzeczywistnia się w postaci niesamowitego rozwoju przemysłowego i technologicznego. To dzięki niej możemy cieszyć się wszystkimi zdobyczami cywilizacji, zaczynając od lodówek i kuchenek w naszych domach, a kończąc na Internecie, sztucznej inteligencji, sondach kosmicznych czy Wielkim Zderzaczu Hadronów. Ten sam pogląd ukuł w nas przekonanie, że wszechświat to wielki chaos, z którego przypadkiem po wielu miliardach lat zrodziło się życie i świadomość. Inaczej mówiąc jest to jedna wielka gmatwanina, nie mająca planu, własnej inteligencji, ale tworząca się i formująca się wedle jakiś zasad. Ich odkrycie oznacza dla nas dojście do prawdy absolutnej.
Jednocześnie ogrom, niesamowitość i tajemniczość wszechświata sprawia, że na co dzień raczej wolimi nie myśleć o nim i naszym w nim położeniu, gdyż jest to dla nas zbyt przytłaczające. Dzielimy wszechświat na fragmenty, które próbujemy zrozumieć przy pomocy nauki.
Działa ona w obrębie paradygmatu i na jego podstawie dokonuje się odpowiednich obserwacji i przeprowadza eksperymenty. Jest to skuteczny sposób poszerzania wiedzy, ale dosyć ograniczony. Ten fakt jest zupełnie pomijany, mimo oczywistych dowodów z przeszłości, że prawdy absolutne, w które niegdyś wierzyli ludzie, zostały zastąpione innymi, bardziej logicznymi modelami działania rzeczywistości. I tak na przykład aktualnie badania naukowe stanowią dla większości ostateczną wyrocznię, a to co zostaje przez nie udowodnione, uznaje się za pewnik. Nie uwzględnia się przy tym, że są one tylko teoretycznymi założeniami, potwierdzonymi empirycznie w zakresie, który pozwala na to potwierdzenie. Inaczej mówiąc są to symboliczne odzwierciedlenia fragmentów rzeczywistości o ograniczonej liczbie zmiennych. Co więcej, muszą być one zgodne z panującym paradygmatem. Jeśli teoria podburza podstawowy porządek, jest z reguły natychmiast tłumiona, gdyż społeczność zmierza do potwierdzenia i rozszerzania się panującego paradygmatu, a nie do jego zmiany. Wszelkie odstępstwa są więc zazwyczaj spychane na bok, pomijane lub uznawane za anomalie i błędy. W ten sposób paradygmat ustala nam prawdy absolutne, w które wierzymy.
Warto zwrócić uwagę w jaki sposób zdobywa się wiedzę w szkole. Uczymy się przez powtarzanie i zapamiętywanie faktów i reguł, które odkryły wcześniejsze pokolenia. Wiedzę tę uznajemy za pewną. Mało kto podważa jej słuszność. I nie chodzi o to, że system ten jest zły, a wiedza nieprawidłowa, ale po prostu nie pozostawia się tam miejsca do tworzenia nowych, kreatywnych wizji. Wszystko odbywa się poprzez powtórzenie i poszerzenie aktualnych koncepcji, czyli wszystko kręci się w kółko. Dopiero diametralna zmiana sposobu patrzenia na podstawowe założenia, powoduje powstanie nowego paradygmatu. Przy czym stary paradygmat nadal pozostaje słuszny, jeśli patrzy się na niego poprzez starą perspektywę.
W świetle tych faktów jasno widać, że nauka pomija to, co wykracza poza jej zakres i jest w stanie udowodnić i wytłumaczyć jedynie te zagadnienia, które wpisują się w jej założenia. Co więcej, robi to tylko w taki sposób, jaki pasuje do tych podstawowych założeń. I tak na przykład zgodnie z koncepcją mechanistycznego wszechświata, życie powstało przypadkowo, inteligencja i świadomość to efekty uboczne ewolucji, a duchowość rozwinęła się, jako próba wytłumaczenia niezrozumiałego świata i jest po prostu ułudą umysłu. Doświadczanie innych wymiarów rzeczywistości na przykład podczas śmierci klinicznej, czy po zażyciu środków psychoaktywnych, zdolności parapsychologiczne, postrzeganie pozazmysłowe, OOBE itd., to rodzaje halucynacji, które wynikają z nieprawidłowej pracy mózgu. Interesujący jest fakt, że normalnej percepcji nie uznaje się za halucynacji, mimo iż natura tych zjawisk jest w gruncie rzeczy taka sama. W końcu zarówno jedno jak i drugie, to według nauki jedynie wypadkowa biochemicznych reakcji w mózgu. Pomija się też bardzo ciekawy aspekt, jakim jest przekonanie ludzi, że niektóre doświadczane przez nich przeżycia mistyczne, są bardziej realne niż sama rzeczywistość. Tego typu podejście bezsprzecznie potwierdza, że większość z nas interpretuje fakty, przypasowując je do konkretnego paradygmatu, poprzez który stara się zrozumieć rzeczywistość i ograniczając się tylko do jego obrębu. Kiedy spotyka się ze śmiercią również i ją próbuje włożyć w te same ramy. Naukowemu podejściu zawdzięczamy postrzeganie śmierci jako zaprzestanie działania pracy serca, ustanie krążenia, oddechu i w efekcie obumarcie mózgu. Człowiek jest więc tylko masą z krwi i kości, której znaczenie i sens, sprowadza się do bycia pojedynczym ogniwem ewolucji, zmierzającej ślepo przed siebie. Wiara w zaświaty, reinkarnację czy Boga to obronne mechanizmy umysłu, który nie chce zostać unicestwiony. Uwalnianą w chwili umierania z szyszynki dimetylotryptaminę, wywołującą niesamowite wizje, których nie sposób przyrównać do niczego z tej rzeczywistości, uznaje się za endogenny narkotyk, wywołujący przedśmiertelne, potężne halucynacje. A świadomość postrzega się jako efekt działania mózgu, a więc przyjmuje się, że zanika wraz z nim.

Ten sposób interpretacji procesu umierania stoi w sprzeczności z intuicyjnym postrzeganiem śmierci, jako rodzaju przejścia, a nie ostatecznego końca. Całe rzesze ludzi są przekonane, że coś tam po śmierci jest, cokolwiek by to nie było. Ale żeby o tym rozmawiać muszą uciekać się do duchowości, religii, metafizyki i ezoteryki, które w oczach nauki są niepoważnymi spekulacjami i wyobrażeniami, hipotetycznym bajdurzeniem, którego nie da się udowodnić empirycznie. Właśnie dlatego ludzie unikają tego tematu. Trudno się zresztą dziwić, że tak się dzieje. W końcu na co dzień każdego z nas bardziej przekonuje widok stojącej w kuchni lodówki, niż opowieść o odbyciu podróży astralnej.
Mechanistyczny pogląd na rzeczywistość ukształtował również w kulturze zachodniej przekonanie, że wartość człowieka zależy nie od jego istnienia samego w sobie, ale od produktywności w społeczeństwie. Z tej perspektywy śmierć nie jest już naturalnym elementem życia, będącym przeciwieństwem narodzin, ale jawi się jako pogromca i wróg, który może zabrać człowieka w najmniej spodziewanym momencie.
Ponadto powszechny u większości osób brak konfrontacji z własną śmiertelnością sprawia, że ludzie żyją w napięciu, że nie zdążą odpowiednio przeżyć własnego życia, ani spełnić wszystkich swoich pragnień. Śmierć wywołuje strach. W jej obliczu ziemskie cele i dążenia, którym człowiek poświęca swój czas i energię, okazują się być ulotne, nietrwałe i nie nasze, gdyż nie możemy ich już dłużej mieć. Z tego względu temat umierania wywołuje u wielu osób dyskomfort psychiczny, gdyż podważa słuszność i ważność ich doczesnych działań. Najczęstszą reakcją jest więc odruchowe wyparcie i uznanie jej za rodzaj ponurej błahostki, której lepiej nie poświęcać zbyt wiele uwagi.
Potwierdza się to też w sposobie, w jaki przedstawia się śmierć w mediach głównego nurtu, które w dużej mierze, czy tego chcemy czy nie, kształtują nasz sposób interpretacji rzeczywistości. To co dla pojedynczych jednostek jest wydarzeniem pełnym żalu, smutku i tęsknoty, w mediach jest zupełnie trywializowane. Telewizja sprowadza śmierć do postaci suchych statystyk. A większość filmów, jakie możemy zobaczyć na ekranach, konstruowanych jest tak, że ludzie zabijają się w nich z taką łatwością, z jaką puszczają bąka. Na nikim nie robi to żadnego wrażenia.
Jest to zadziwiające, że w kulturze, która szczyci się tak zaawansowanym rozwojem intelektualno kulturalnym, tak podstawowy element naszej egzystencji jest sprowadzany do minimum i zamiast zmierzyć się z tym naturalnym procesem, spycha się go na bok. Najwyższy czas by zacząć o tym głośno mówić, byle nie wtedy gdy stoimy samotnie w zatłoczonym tramwaju.